1 maja 2021

Od powołania do pracy, po masowe zasiłki [OPINIA]

(Źródło: pixabay.com)

Praca stanowi jedno z powołań człowieka, obecne już przed grzechem pierworodnym. Ten doprowadził jednak do powiązania go z trudem i przykrością. Ideologie nieprzyjmujące chrześcijańskiej nauki w różny sposób starały się uporać z tym problemem – podporządkowując pracę konsumpcji, gloryfikując ją lub zastępując ją kultem lenistwa.

Zgodnie z nauką chrześcijańską, trud związany z pracą stanowi karę za grzech pierworodny. Jak czytamy w Księdze Rodzaju „do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: «Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!”  

Nie oznacza to jednak, jakoby praca jako taka stanowiła karę za grzech. Wszak ta istniała nawet w raju – „Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” [Rdz 2,15]. Chodzi tu zatem o rozwój nauki, kultury, sztuki, techniki – wszystkich dobrych dziedzin ludzkiej aktywności. Jak zauważa biskup Robert Barron są one rozumiane w patrystyce jako różne drzewa, z których owoców wolno człowiekowi spożywać. Jest to zatem podejście bardzo humanistyczne. Człowiek jednak zdecydował się spożyć owoc z jedynego drzewa, którego spożywać mu nie było wolno. Jedną z konsekwencji tego stało się powiązanie pracy z trudem. Ten nie wyklucza jednak całkiem radości ze swego rodzaju współpracy w dziele stworzenia. Praca, choć ciężka, nadal stanowi odpowiedź na obecne jeszcze przed grzechem wezwanie do czynienia sobie ziemi poddanej.

Jak uczył święty Jan Paweł II w Laborem exercens (vatican.va) człowiek „ stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga Samego wśród widzialnego wszechświata, ustanowiony, aby ziemię czynić sobie poddaną jest człowiek przez to samo od początku powołany do pracy. Praca wyróżnia go wśród reszty stworzeń, których działalności związanej z utrzymaniem życia nie można nazywać pracą – tylko człowiek jest do niej zdolny i tylko człowiek ją wykonuje, wypełniając równocześnie pracą swoje bytowanie na ziemi. Tak więc praca nosi na sobie szczególne znamię człowieka i człowieczeństwa, znamię osoby działającej we wspólnocie osób”.

Liberalne rozumienie pracy

Chrześcijańskie rozumienie pracy można realizować w warunkach instytucji wolnego rynku. Nie one są problemem, lecz ideologia liberalna. Zgodnie z nią praca ma służyć wyłącznie zaspokajaniu własnego, płytko rozumianego interesu. Jak pisał Adam Smith w „Bogactwie Narodów” „nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Zwracamy się nie do ich humanitarności, lecz egoizmu i nie mówimy im o naszych własnych potrzebach, lecz o ich korzyściach”.

Zgodnie z (może źle rozumianą) ideologią liberalizmu ciężka praca jest godna pochwały, ale nie z powodu służby wyższym celom czy dążenia do samorozwoju, lecz li tylko jako środek do satysfakcji materialnej czy prestiżu związanego z karierą. Celem ostatecznym aktywności gospodarczej jest więc konsumpcja, a w jej imię należy znosić wszelkie trudy związane z działalnością zawodową, w tym konieczność wąskiej specjalizacji i ograniczenia indywidualności.

Marksizm

Ten trud wynikający ze specjalizacji prowadzącej jakoby do „alienacji” spotkał się z oburzeniem Karola Marksa. „Gdy bowiem praca zaczyna być podzielona, każdy ma pewien swój wyłączny, określony krąg działalności, który jest mu narzucany i z którego nie może się on wydostać; jest myśliwym, rybakiem lub pasterzem albo krytycznym krytykiem i musi nim pozostać, gdy nie chce stracić środków do życia” – pisał filozof współodpowiedzialny za „podpalenie” połowy świata. Jednak ten podział pracy opisany w tak czarnych kolorach przez Karola Marksa w niewyobrażalny sposób zwiększył efektywność gospodarowania, a bez niego funkcjonowanie nowoczesnego społeczeństwa byłoby niemożliwe. To jednak nie zniechęca Marksa. Jego zdaniem po pełnym przemocy okresie dyktatury proletariatu nastąpić ma utopijny czas wspólnoty socjalistycznej, w ramach której zaniknie podział pracy.

Jak podkreśla myśliciel „w społeczeństwie komunistycznym, w którym nikt nie ma wyłącznego kręgu działania, lecz może się wykształcić w jakiejkolwiek dowolnej gałęzi działalności, społeczeństwo [?] reguluje ogólną produkcję i przez to właśnie umożliwia mi robienie dziś tego, a jutro owego, pozwala mi rano polować, po południu łowić ryby, wieczorem paść bydło, po jedzeniu krytykować, słowem robić to, na co mam akurat ochotę, nie robiąc przy tym wcale ze mnie myśliwego, rybaka, pasterza czy krytyka”. Jak to możliwe? Otóż Marks przekonuje, że stanie się tak za sprawą maszyn, które doprowadzą do niewyobrażalnego wcześniej wzrostu efektywności.

Zauważmy jednak, że mamy tu do czynienia ze zniesieniem przykrości związanej z pracą, a więc dokładnie zniesieniem tego, co zgodnie z katolicką nauką stanowi karę za grzech pierworodny. Jednocześnie jednak praca jako taka pozostaje. Ba, w ideologii marksizmu uznawana jest ona szczególnie istotne dobro, a człowiek pracy cieszy się szczególną estymą. W gospodarce realnego socjalizmu praca i produkcja uznawano za dobro samo w sobie, w większym stopniu niż w nastawionej na konsumpcję gospodarce kapitalizmu.

Jak zauważa Will Kymlicka, zgodnie z optyką marksistowską, zasiłki dla bezrobotnych stanowią formę wyzysku. Ograbiają bowiem robotnika z prawa do pełnego zatrzymania owoców swojej pracy. Państwo zabierając „wartość dodaną” i przeznaczając je na zasiłki działa podobnie do kapitalistycznego „wyzyskiwacza”. Nie ma przy tym znaczenia, że pobierający zasiłek dla bezrobotnych może być uboższy od pracownika – to ten ostatni jest ofiarą wyzysku.

Widzimy zatem w jaki sposób współczesne „lewactwo”, ale przecież i znacznie szersze nurty odeszły od marksowskiego kultu pracy w kierunku drugiej skrajności – kultu lenistwa. Jemu służą już nie tylko zasiłki kierowane do wąskich grup bezrobotnych, ale pieniądze rozdawane przedsiębiorcom w unieruchomionych branżach, rolnikom (za nieuprawianie pól) et cetera. Pieniądze „drukowane” na potęgę przez banki centralne są pompowane do gospodarki. Wszystko to „za darmo” (do czasu oczywiście).

Z tym samym zagrożeniem wiąże się też idea bezwarunkowego dochodu podstawowego prowadząca do rozdawania pieniędzy wszystkim dorosłym obywatelom. Doprowadzi to bowiem do całkowitego oderwania dochodu od pracy, a w wielu przypadkach do zanegowania potrzeby tej ostatniej. Z jednej strony sprzyjałoby to poczuciu bezpieczeństwa i stabilności. Z drugiej jednak uzależniło na trwałe od państwa i doprowadziło do marnotrawstwa talentów, pogorszenia charakteru i gnuśności. Tak zdegenerowany człowiek otrzymujący li tylko dochód gwarantowany stałby się całkowicie ofiarą rozdającego je (z pieniędzy wciąż pracujących) państwa. To zaś mogłoby tę marchewkę – w razie nieposłuszeństwa – odebrać. Odzwyczajony od pracy obywatel stanie się wtedy całkowicie zdany na łaskę losu.

Marcin Jendrzejczak

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(2)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie